Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 6 czerwca 2008

Pierwszokomuniści


Znajomi poprosili mnie o garść fotek z uroczystości I Komunii św. ich córki – Ali. Mały, angielski kościółek w południowo-wschodnim Londynie, w którym w każdą niedzielę odprawiana jest jedna Msza w języku polskim (dużo nas, dużo nas).
Było kameralnie (10 dzieci) i bez większych szaleństw i przepychu „made in Poland”. Oczywiście nie zabrakło wujów i kuzynów szalejących ze swoimi cudnymi aparatami, którzy biegali w poszukiwaniu ujęć absolutnie niezwykłych. ( –Ach, gdyby być jak ten Anioł na obrazie – w skrytości pomyślał pan Mieczysław. – Uniósłbym się pod samiuteńki sufit i szczelił taką fotografiję, że wujkowi Zenkowi opadła by z zazdrości kopareczka…).
A jednego tatusia o mały włos nie kopnąłem w dupę. Tak, wiem. W świątyni nerwy wypada trzymać na wodzy. Są jednak wodzy granice. Klient w pewnym momencie zaczął wydzierać pyska na swojego syna, bo ten… nie uśmiechał się gdy jaśnie papa robił kolejne wiekopomne zdjęcie. Szczery uśmiech podstawą wizerunku polskiej komórki rodzinnej. Także na emigracji.

Starsi Panowie Dwaj – wespół z Barbarą Krafftówną – śpiewali, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą”. W niedzielę deszcz nie padał. Jednak i bez niego niektórzy nieco się wynudzili…

A ksiądz w czasie kazania przypomniał historyjkę sprzed lat, która miała miejsce w jego polskiej parafii. Tuż po I Komunii św. pewna babcia podchodzi do swojego wnuczka. Ściska go, obcałowuje i z dumą w głosie mówi: mój ty PIERWSZYKOMUNISTO…
Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!