Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 29 czerwca 2008

Piknikowa sobota






Sobotę spędziliśmy w Richmond. Jak stoi napisane w mądrych księgach Richmond Park jest największym parkiem miejskim w Europie (blisko 1000 hektarów powierzchni). Mądrym księgom wierzę na słowo, bo, mimo iście sportowej kondycji, zapału i szczerych chęci, nie dalim my rady obejść go całego.

Dzieciaki (czyt. Marcel – syn Anny i Tomasza oraz Oliwka – córka Sylwii i Taty Oliwki) skakały, biegały, nawet i na baranach przemierzały bezkresne połacie (czyt. siedziały wygodnie na ramionach swych ukochanych rodziców). Krakusy (czyt. Ania i Tomek) nie tylko podziwiali piękno otaczającej i przyrody, ale i na łonie owej przyrody spożywali (z moim skromnym współudziale) dobrze schłodzone chardonnay. Słonko na niebie, delikatny zefirek klimatyzujący nasze ciała, piknikowe jedzenie, butelka dobrego wina – ot, i cały przepis na błogą sobotę. Polecam serdecznie.

W tym miejscu dwa jeszcze słowa o niejakim zdziwieniu Państwa z grodu Kraka. Wino na łonie przyrody, jak Państwo Czytelnicy z pewnością doskonale wiedzą, to radość sama w sobie. Nic wielkiego, ale właśnie takie drobne rzeczy składają się na nieco większą układankę pod wszystko mówiącym tytułem „szczęście”. A zdziwienie moich winnych współtowarzyszy (żona niewinna i australijskiego, przecenionego o połowę, ale nadal wybornego, wina tknąć, jak zwykle zresztą, nie chciała) brało się stąd, że żadna służba mundurowa nas nie przegoniła. W moim rodzinnym Grudziądzu rozłożenie się w parku miejskim na zielonej trawie było już ryzykiem dość znacznym. Dzielni panowie w mundurach mogli wówczas wykazać się walką z bezwzględnymi bandytami. Nie tak dawno jeden z moich serdecznych kolegów otrzymał stuzłotowy mandat za spożywanie alkoholu (czyt. piwo Żywiec szt. 1) w takim właśnie przyrodniczym terenie. Miejskich strażników nie interesowała na ten przykład siedząca nieopodal grupka lokalnych żuli ostentacyjnie opróżniająca kolejne butelczyny win tanich, ale skutecznych. Mundurowe towarzystwo głuche było nawet na wszelkie „kurwy” i tym podobne literackie opisy grudziądzkiej rzeczywistości. Dużo groźniejszy okazał się być Bartek z kolegami dwoma i ich trzy butelki żywieckiego piwa. Szanowne Państwo, jak myślę, podobne historie zna i z własnego podwórka. Nic więcej dodawał więc nie będę.

Na załączonych zdjęciach Szanowne Państwo może zobaczyć:
a/ Marcela z mandarynką
b/ Anię, Tomka z torebką (co na to Ewa Sowińska?), Marcela w wozie
c/ Czerwoną Anię zerkającą do czerwonego wozu
d/ Sylwię i pannę O. wydostające się z liściastego tunelu
e/ niebo nad Richmond podczas soboty zasadniczo błogiej

Brak komentarzy: