Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 11 czerwca 2008

W Ceglanej Alei

Ach jakże miłe było to ostatnie niedzielne popołudnie, czyli jeszcze przed wizytą w przywołanym już Klubie OB. Otóż w towarzystwie dwóch uroczych dam (wiadomość dla panów: Dama pierwsza męża – jak mówią postronni: zniewalającego – była już posiadła czas jakiś temu; Dama druga zaś – z uwagi na swą daleko posuniętą nieletniość – panów również interesować nie powinna) wybrałem się na Brick Lane.

Dawno, dawno temu w tej wschodniej części stolicy funkcjonowały wielkie fabryki cegieł. Stąd też i nazwa – Brick Lane. Miejsce to zawsze było, i jest zresztą nadal, zamieszczałe przede wszystkim przez imigrantów. Kiedyś przeważali tu Irlandczycy, potem Żydzi, od kilkudziesięciu zaś lat to królestwo Bengalczyków. Kulturowy misz-masz widoczny jest niemal na każdym kroku. I między innymi za to właśnie lubię to miejsce.

Brick Lane słynie także z niedzielnego targowiska, na którym kupić można cuda doprawdy wszelakie. Garderoba wierzchnia retro i to bardzo, książki, płyty, rowery, naczynia, wyszczerbione kubki, zdjęcia, obrazy, niedziałające sprzęta RTV, prehistoryczne gadżety kuchenne, buty, maski, latawce, wachlarze, wazony, pirackie filmy DVD, walizki, wózki, sprzęt chyba ogrodowy, narzędzia i cała masa innego, często bliżej niezidentyfikowanego asortymentu. Polecam.

W niedzielę wybraliśmy się także na Art Car Boot Fair 2008. To doroczne targi sztuki współczesnej organizowane na terenie starego browaru położonego właśnie na Brick Lane. Cuda i cudaki. Artyści i zwykli, co tu dużo mówić, rzemieślnicy, który z wdziękiem i gracją potrafią sprzedać swoje wytwory sztukopodobne. A sprzedawali owe wyroby – mniej lub bardziej interesujące – prosto ze swoich artystycznych aut. Cholernie drogo, bo, jak wiadomo, tak zwaną sztukę współczesną wypada mieć. Szczotka do czyszczenia klozetu, którą można kupić za 2 funty, tu kosztowała już funtów 15. A to dlatego, że „artysta” do owej szczotki zdjęcie nowego burmistrza Londynu dokleił, czym pospolitego skrobaka natychmiast zmienił w sztukę współczesną. I tyle.

My zaś, jak na niezwykle wybrednych koneserów przystało, zadowoliliśmy się pysznymi, świeżo wyciskanymi sokami – banany, truskawki, imbir, pomarańcze i lód. Sztuka w gębie!

Brak komentarzy: