Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 2 grudnia 2008

Pyszne spotkanie




















Chyba niewielu Polaków wie, że właśnie tu, w Wielkiej Brytanii powstało pierwsze Towarzystwo Wegetariańskie. A było to ponad… 160 lat temu! (30 września 1847 roku). Szacuje się, że ponad 3,5 mln ludzi w tym kraju to wegetarianie (z czego ćwierć miliona to weganie).

W minioną niedzielę wybrałem się w towarzystwie dwóch zacnych dam właśnie na wegański festiwal. Impreza, organizowana przez Animal Aid – brytyjską organizację, która od ponad 30 lat walczy o prawa zwierząt, odbyła się w ratuszu dzielcy Kensington (czyt. bardzo eleganckiej i bardzo drogiej części Londynu).

Kilkadziesiąt stoisk z ekologicznymi butami (czyt. nie ze skóry), naturalnymi kosmetykami, zabawkami, koszulkami, no i z jedzeniem! Pysznym, zdrowym i… pysznym! Mniam.

Nie to jednak podczas owej imprezy było najważniejsze. Otóż dzięki forum wegedzieciak.pl (baner Szanowne Państwo widzi powyżej) umówiliśmy się tam z – jak się rychło okazało – przesympatycznymi rodakami. Bo, wbrew temu co pokazują na ten przykład „Londyńczycy” (niebawem słów kilka i o tym komediowym serialu), w Wielkiej Brytanii spotkać można także i sympatycznych Polaków. Słowo!

Była więc Zina ze swym brodatym dżentelmenem i dziesięciomiesięczną Klarą. Była Marta z Piotrem wraz z wiewiórkami sztuk 2, znaczy się bliźniakami – Olafem i Filipem. No i była jeszcze Neina z małym Franciszkiem. O pani Motyl z rodziną, rzecz jasna nie zapomniałem. Był więc i Antoś i mały człowiek w Motylowym brzuchu. Kompania więc zasadniczo wyborna!

Ulokowaliśmy się wszyscy w specjalnym pokoiku przygotowanym dla dzieci. Za naszą sprawą ów pokoik zrobił się, nie wiedzieć dlaczego, bardzo słowiański. Znaczy miły bardzo się zrobił! Nasze wegetariańskie pociechy oddawały się beztroskiej zabawie, my zaś – poważni emigranci zarobkowi – rozmawialiśmy o kryzysie finansowym, wahaniach na giełdach i najnowszym kursie franka szwajcarskiego. Wiecie, rozumiecie. Prawda?

Panna Oliwa wróciła zachwycona. I miejscem i nowo poznaną kompanią. Podobnie reakcje wykazywała małżonka osobista. Czyli niebawem trzeba będzie zobaczyć się ponownie. Koniecznie!

***
Załączam garść obrazków z rzeczonego spotkania. Niestety rozmowy o walutach tak były mnie pochłonęły, że nie wszystkich i nie wszystko obfotografowałem. Znaczy się kolejny pyszny powód do ponownego widzenia.

5 komentarzy:

zoska na wygnaniu pisze...

Zasuwam placki ziemniaczane BEZ MIĘSA!!!Czytam porównuje moje notowania na giełdzie, oglądam i coś mi się wydaje ,że był to festiwal macierzyńskich potrzeb fotografa, a tle w oddali jacyś weganie?

fizia pisze...

matko, jakie żarcie!!! zazdroszczę bardzo, zwłaszcza poznania wegedzieciakowców:)) Super relacja!

TataOliwki pisze...

Zosiu:
"Ja bardzo przepraszam. Pani zarzuty sa całkowicie bezpodstawne. Ta Pani przyszła w tym futrze i w nim wychodzi"...

Fiziu:
Przykro mi, ale faktycznie jest czego zazdraszczać...

zoska na wygnaniu pisze...

:)

Pinio pisze...

Ale niezly WOW ;) I jeszcze dzieci w nosidelkach. WOW² !!!