Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Buntownicy



Gdyby żył, w tym roku świętowałby swoje 82 urodziny. Zbigniew Cybulski zginął 42 lat temu pod kołami pociągu na wrocławskim dworcu. Po jego śmierci francuski krytyk Marcel Martin pisał: „Ta strata jest dla Polaków tym, czym dla Amerykanów była śmierć Jamesa Deana, a dla nas – mówiąc w kategoriach sentymentalnych – Gerarda Philipe'a”.

W miniony piątek, w towarzystwie ciotki Oli, ciotki Agnieszki oraz – jakżeby inaczej – wuja Tygrysa, wybrałem się do Barbican Centre na otwarcie przeglądu filmów, których bohaterami są właśnie ci trzej aktorzy wymienieni przez Martina. Zbigniew Cybulski, James Dean, Gerard Philipe – trzech wielkich buntowników, trzy ikony światowej kinematografii, trzy przedwczesne śmierci (Cybulski zginął pod kołami pociągu w wieku 40 lat; Philipe zmarł na raka wątroby mając 37 lat; Dean zmarł na skutek ran odniesionych w wypadku samochodowych mając zaledwie 24 lata).

Festiwal „What you got? – Rebel icons on screen” rozpoczął pokaz filmu „Popiół i diament”, po projekcji którego, cała nasza czwórka humorem zasadniczo nie tryskała (groteskowy polonez nadal boli, nadal przeraża, nadal, o zgrozo!, jak ulał pasuje do tego, co dzieje się w nadwiślańskiej krainie…). Mimo, że wszyscy widzieliśmy ten film już kilkakrotnie, nikt z nas nie widział go na dużym ekranie. Któż mógłby przewidzieć, że w końcu się uda, i w dodatku uda się na emigracyjnej ziemi…

Cieszy, że londyńskiemu Instytutowi Kultury Polskiej udało się zorganizować ów przegląd wspólnie z Barbican Centre. Co tu dużo mówić: to jedno z najważniejszych miejsc na kulturalnej mapie Londynu (m.in. kilka sal kinowych, galeria, teatr na ponad 1000 miejsc i dwukrotnie większa sala koncertowa; w ubiegłym roku byliśmy tam na koncercie muzyki filmowej Zbigniewa Preisnera – pychota!).

No i jeszcze obejrzeliśmy garść fotosów z filmów z udziałem pana Zbigniewa (udostępnione przez Muzeum Kinematografii w Łodzi). A po filmie, co by całkiem nie paść ze smutku i zgryzoty – dwa łyki wina w jakże przyjemnym towarzystwie (część owego przyjemnego towarzystwa ze zdziwieniem przyjmowała wiadomość, że ciotka Ola, to ciotka Ola, nie zaś małżonka ma osobista; z jeszcze większym zdziwieniem owo towarzystwo dowiadywało się, że my, to my, a nasi ukochani zostali w domu z dziećmi… Buntownicy, czy jak?).

Brak komentarzy: