Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 23 stycznia 2009

Lopez


Kolega Roland znalazł go w centrum Grudziądza. Kudłaty szczeniak leżał pod ławką i czekał. Czekał aż ktoś go stamtąd zabierze; zamieni beton na przytulny koc w ciepłym domu. Doczekał się właśnie Rolanda.

Roland (którego, tak a propos, przesympatyczny tata uczył mnie w liceum języka francuskiego; choć, zgodnie z prawdą, należałoby napisać: próbował mnie nauczyć) przyprowadził go do mnie. To było wiosną roku 1993.

Bezimienny, wygłodniały szczeniak rychło przemienił się w pogodnego Lopeza. I tak oto, nasza czteroosobowa rodzina powiększyła się o czworonożnego towarzysza.

Przez ponad 15 lat był więc Lopez pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Był, bo wczoraj wieczorem został uśpiony.

Dziadek Lopez nie mógł już jeść, pił tylko wodę. I kiedy zadzwoniłem do taty z radosną nowiną o blogowym awansie do Finału, miast radości, były łzy. Tak, obaj płakaliśmy jak mali chłopcy…

Potem płakała też Oliwa. Lopez zawsze cierpliwie znosił jej targanie z ogon i prztyczki w ucho. A kiedy wieczorem Sylwia wróciła z pracy, O. zapytała tylko „Czy Lopez jest już w niebie?”…

Zaczęliśmy przeglądać zdjęcia. Jedno z nich załączam. Nie wiem kto je zrobił, nie wiem kiedy. Oliwka ze swoim ulubionym psem…

5 komentarzy:

duża broda pisze...

wszystkie psy idą do nieba

Roza pisze...

Kilka miesiecy temu moja siostra musiala uspic swojego pieska. Straszne przezycie dla nas wszystkich, bo przeciez Bazyl to czlonek rodziny, nasza fasolka, jak Go nazywalismy. Byl duzym psem, ale myslal, ze jest malutki. Uwielbial siadac nam na kolanach... Bardzo to smutne, ale lepiej tak,niz zeby sie meczyl. Trzymaj sie jakos... Sciskam!

AnetaCuse pisze...

Ja rowniez niezmiernie wspolczuje. Polecam dwa "psie" kawalki do poczytania:

http://syracuse.blox.pl/2008/12/Pies-Rudyarda-Kiplinga.html

Oraz w komentarzu Ani_2000:
http://theosmansempire.blogspot.com/2009/01/blog-post_11.html

Tak to jest z tymi czworonogami. Najpierw ukradna nam serce, a potem na nich czas :(.

Joanna pisze...

lacze sie w smutku...
Asia z Hammersmith

TataOliwki pisze...

Dziękuję Wam, mili moi...

Dorzucę jeszcze słowa, które dotarły do mnie z miasta Kraków: "Na pociechę zostaje świadomość, że po dobrym i długim życiu umrzeć bez bólu wśród bliskich, to finał, jakiego można życzyć każdemu psu. Również mojej kilkunastoletniej suni".

No i dobrze wiedzieć, że wszystkie psy idą do nieba...