Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Plackowanie







W sobotę wybraliśmy się do wuja Tygrysa na proszony obiad. Wesoła kompanija w pociąg, raz, dwa, trzy (a w zasadzie to pięćdziesiąt trzy) i już jesteśmy na miejscu. Tym razem rozpływaliśmy się z zachwytu nad plackami ziemniaczanymi zapiekanymi ze szpinakiem i serami-śmierdzielami. Ola Boga!

Sobotnie obiady u wuja Tygrysa sprawiają nam, co tu dużo mówić, radość zasadniczo wielką. Rarytasy do jedzenia plus rarytasy do picia (tym razem czerwona Rioja) – oto tradycyjny zestaw obowiązkowy. Placki ziemniaczane smażyły się na patelniach dwóch (jedną obsługiwał gospodarz pan, drugą – małżonka ma osobista), wino w niezwykły sposób ulatywało z kolejnych butelek, Matysia spała, rodzice Matysi prasę czytali, Oliwka oglądała bajki, Marek doglądał towarzystwo, Mateusz tarł ser, TataOliwki ser podżerał, czyli krótko mówiąc: dobrze podzielona praca podstawą sukcesu kulinarnego!

No a potem czekoladowe lody, a na deser właściwy: dwa odcinki „Wojny domowej” oglądane na wielkim ekranie w pokoju wujka Marka. Czegóż nam więcej do szczęścia potrzeba? No niczego więcej, oto właściwa odpowiedź.

***
Na pierwszej stronie dzisiejszego wydania darmowej gazetki „Metro” (ponad milion egz. nakładu) oraz szacownego „The Times” – wielgaśne zdjęcia z wczorajszego meczu Manchester United – Chelsea London. Żadne tam Mistrzostwa Świata, żadna tam Liga Misiów, ot kolejny ligowy mecz. No i hyc na połowę pierwszej strony. Tak, w Albionie piłkę kopaną kochają...

4 komentarze:

zoska na wygnaniu pisze...

no TA MATYLDA to potrafi zjeść! Dwa talerze puste ,a w trzecim resztki. Zuch dziewucha.

TataOliwki pisze...

Noo, kto by pomyśłał!...

Pinio pisze...

a ja to widze tak:

a). Danielowi baaardzo pasuje bycie tata

b). lyse tygrysy? ;)

c). ManU mial wygrac 4:0 ale niech im bedzie ;)

d). ta osoba ktora jadla z zielonego talerza odpowiedzialna bedzie za nastepne tsunami.

e). Panna Oliwka na lasencje rosnie. tak tak wiem... po tatusiu pewnie ;)

f). Bruno pozdrawia!

TataOliwki pisze...

Pinio kochany!
a/ ano pasuje
b/ jak najbardziej; łyse jest piękne :)
c/ dobra, dobra
d/ tak się składa, że zielony talerz był mój...
e/ racja jest po Pana stronie :)
f/ a my ściskamy go mocno!