Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Pożegnanie


Kolorowe światła, panie w kusych sukienkach i pantoflach na obcasikach, muzyka w rytmach umca-umca-umca – oto piątkowy wieczór TatyOliwki.

Co tu dużo mówić – nie jestem miłośnikiem takich miejsc. Tak naprawdę piątkowy wieczór był pierwszym tego typu wieczorem w mieście Londyn. Nie o miejscu jednak dzisiejsza opowieść, a o człowieku. Pan nazywa się Mark i był jednym z moich ulubionych nauczycieli. Był, bo właśnie w piątkowy wieczór żegnaliśmy go wylewnie.

Mark jest Australijczykiem. Jako nauczyciel języka angielskiego przemierzył sporą część świata. Uczył trochę w Izraelu, potem w Mozambiku. Stamtąd trafił na Kubę, by później wylądować w Meksyku. Kolejny przystanek to Brazylia, gdzie spędził całe pięć lat. W słonecznym Rio poznał swoją żonę, Cristinę, z którą blisko trzy lata temu przyleciał tu, do Londynu.

Smutno mi trochę, że Mark odchodzi z mojej szkoły. Mało bowiem spotkałem w moim życiu nauczycieli, którzy lubią swoją pracę tak, jak on. No i to poczucie humoru…

Jako się rzekło Mark zwiedził spory kawał świata. Często opowiadał nam o swoich przygodach… W Stanach Zjednoczonych wielu ludzi było na ten przykład zaskoczonych jego… znajomością języka angielskiego. Pytano go, jak długo się uczy, i czy w Australii mają dużo szkół językowych. W Teksasie, na pewnym przyjęciu, pewna dystyngowana dama całkiem serio zapytała zaś: „Czy to prawda, że w Sydney ludzie jeżdżą do pracy na kangurach?”. Mark, ze śmiertelną powagą odpowiedział: „Tak, ale w tej chwili mamy z tym środkiem transportu spory problem. Rozumie pani, zbyt dużo kangurów, zbyt mało parkingów”…

Niemałą część naszych zajęć zajęły także opowieści o różnego rodzaju trunkach. Markowi szczególnie spodobała się nazwa „gorzka żołądkowa” (po wielu próbach doszedł do perfekcji w wypowiadaniu tej nazwy). W piątkowy wieczór wręczyłem mu więc butelkę tego smakołyku oraz płytę z filmem „Czerwony” Krzysztofa Kieślowskiego. Kangura transportowego niestety nie udało mi się nabyć. „Żony dla Australijczyka” z angielskimi napisami zresztą też nie.

***
Na załączonym obrazku sympatyczny Mark wraz ze swoją niemniej sympatyczną małżonką – Cristiną. Zdjęcie wykonane w lokalu gastronomiczno-rozrywkowym po uprzednim spożyciu symbolicznej szklaneczki ginu z tonikiem. No, może dwóch, góra pięciu (na trzeźwo trudno byłoby tam usiedzieć…).

***
I jeszcze słówko o wyścigu „Blog Roku”. Otóż okazuje się, że idzie nam doprawdy wybornie. W naszej kategorii („Ja i moje życie”) zgłoszono aż... 1524 blogów! No i nasz radosny tandem – panna Oliwa i Tata, znaczy ja – jesteśmy już w pierwszej trzydziestce... Co tu dużo mówić: Dziękujemy Wam bardzo!

Okazało się jednak, że w owym głosowaniu nie mogą brać udziału nasi Czytelnicy, którzy mieszkają poza Polską. Jak się okazuje są i tacy. Na naszą stronę zaglądają rodacy zamieszkali w Niemczech, Holandii, Islandii, Australii, Ameryce Północnej i Meksyku. No i jeszcze pogodni wyspiarze też tu okiem rzucają.

Bloga (tego i setki przecież innych) czytają więc nie tylko mieszkańcy pięknego kraju nad Wisłą. Głosować mogą jednak tylko oni, bo liczą się wyłącznie sms-y wysłane z polskich komórek (coś chyba nie lubią nas, emigrantów, zdrajców ojczyzny ukochanej…).

Nie podoba mi się ta zasada bardzo. Między innymi dlatego mi się nie podoba, że nie mogę zagłosować na kilka blogów, które lubię i które czytam (oczywiście – jak na narcyza przystało – o swoim nie wspominając...). Krótko mówiąc: napisałem do organizatorów nawet i liścik serdeczny w tej sprawie, aby w przyszłości pomyśleli o zmianie tych – co by nie było – krzywdzących zasad. Oliwa podpowiada, że to za mało. Proponuje uderzyć z pismem stanowczym do ONZ, Komisji Europejskiej, NATO, a nawet Watykanu. O Baracku Obamie nie wspominając...

5 komentarzy:

AnetaCuse pisze...

Mi rowniez ta zasada o niemoznosci glosowania z zagranicy bardzo sie nie podoba. Czuje sie wykluczona, a z checia zlozylabym glos zarowno na ten blog jak i kilka innych. Nieladnie z ich strony, poza tym ograniczaja ilosc wplywajacych funduszy na pomoc dzieciom. A zagranica i czyta i pisze! Fe dla organizatorow!

Gosia pisze...

Tak, tak, zaprotestujmy i zawstydzmy organizatorow bo ja chetnie smsow poslalabym pare.
Na dodatek internet to przeciez miedzynarodowe medium jakby ktos jeszcze nie zauwazyl:>

Sylwia pisze...

Ciekawe, ktore miejsce zajalby TataOliwki gdybysmy mogi i my na emigrancji sie dolaczyc do konkursu. Ja rowniez, rodowita Grudziadzanka mieszkajaca obecnie w Paryzu, jestem stala wielbicielka tegoz blogu.

TataOliwki pisze...

Aneto:
Oczywiście: Fe dla organizartorów!

Gosiu:
Jakie międzynarodowe medium, jakie międzynarodowe? Polskie, a nie międzynarodowe proszę Pani, polskie!

Sylwio:
No to bardzo mi przyjemnie :)

Pinio pisze...

Oj kurde jezeli juz Pani tu sie z Paryzewa pojawia to swiadczy o tym ze nasz Grajdolek w sile i moc emigracyja rosnie! ;) A moj pracodawca w danym miescie na La Defense w dwuch takich tyci tyci budyneczkach z czerwono czarnym logo sie osiedlil ;)

Pinio