Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 13 stycznia 2009

W kinie wuja Marka














Panna Oliwa uwielbia oglądać filmy: i te polskie i te zagraniczne też. Prym wiodą, rzecz oczywista, bajki. Ale nie tylko rysunkowymi postaciami Oliwa się ekscytuje.

Przyznam uczciwe, że to zamiłowanie do ruchomych obrazków bardzo TatęOliwki cieszy. Osiem niezwykłych, co tam niezwykłych!, pięknych osiem lat spędziłem pracując w kinie. Wcześniej był i mały, niestety niedokończony, epizod z filmoznawstwem na UJ. No a na samym początku były regularne wyjścia do kina z tatą. Za Torbicką Grażyną mogę więc śmiało powiedzieć, że kocham kino i ową miłość staram się także przekazać córce mej (póki co) jedynej.

Chodzimy więc do kina w mieście Londyn. W niedzielę wybraliśmy się na ten przykład na „The Tale of Despereaux”, czyli przesympatyczną opowieść o myszach, szczurach, a przy okazji i ludziach. Tytułowy Despereaux to mysz z ogromnymi uszami, która różni się od swoich kompanów nie tylko wyglądem. Czyta mądre księgi, niczego się nie boi, jest dżentelmenem no i jeszcze zakochuje się w księżniczce (bo rzecz dzieje się w dawnych czasach w pięknym zamku). Ubawiłem się przednio. Oliwa chyba nieco mniej, bo nie podobały jej się zbytnio szczury zasadniczo wredne (z jednym wszakże, jak to w bajkach bywa, wyjątkiem). I choć bajka córki nie powaliła, to i tak radości z wyjścia do kina nie kryła (tak na marginesie: gdyby O. na każdym filmie wzdychała miałbym uzasadnione powody do obaw…).

Filmy najlepiej oglądać w kinie. Rzecz to oczywista i nie podlegająca dyskusji. No ale nie zawsze do kina iść można. Wtedy zostaje ekran domowego komputera, tudzież wuj Marek.

No bo wuj Marek jest szczęśliwym posiadaczem projektora i ekranu co to zjeżdża z sufitu. Zatem po wybornym obiadku zaserwowanym przez wuja Tygrysa (wczoraj podałem menu), przyszła pora na oglądanie w pokoju wuja Marka (panna O. wyboru wielkiego nie miała, oglądała więc Toma i Jeerego; nie lubię, nie lubię…).

Załączam zatem garść obrazków z tego właśnie oglądania (Pomęczyłem nieco Oliwę: przez kilka chwil oglądała bowiem bajkę w odbiciu w wielkim lustrze; potem, jak widać, dołączyła i żona osobista. A wczoraj, gdy panna O. przeglądała zdjęcia rzekła z nieukrywana radością: wygląda jakbym występowała w tej bajce. Aktorka znaczy się...).

Po bajce przyszła zaś pora na „Wojnę domową”. Pani Irena Kwiatkowska to jest, że tak powiem, gość! O Jaremie Stępowskim, co to zbierał suchy chleb dla konia, nawet nie wspomnę…

3 komentarze:

Salice pisze...

Swietnie zdjecie! Jak zawsze, zreszta. Pozdrowienia z emirgacje bardziej poludniowej.

TataOliwki pisze...

Dziękuję serdecznie:)
Serdeczności zasyłam!

Gosia pisze...

Super sprawa z takim domowym kinem!
Mamy podobne plany na przyszlosc:))