Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 14 lipca 2008

Cios Pandy


Kino jest naszą rodzinną pasją. To było jednak pierwsze wyjście Oliwki do przybytku X Muzy bez Taty Oliwki. Moja wersja wydarzeń wygląda następująco:

Wielce sympatyczny Marcin wraz ze swoją wielce sympatyczną damą, znaną wszystkim nam jako Szczotka, mieli przeogromną ochotę wybrać się do kina na film pt. „Kung Fu Panda”. No i żeby nie było, że oni, co tu dużo mówić – pierniki, idą na animowaną bajkę, dla tak zwanej zmyłki, porwali na godzin kilka pannę O. właśnie. Ot i cała historia.

Rzecz miała miejsce w sobotę o godz. 17.30, choć gwoli ścisłości Oliwa już od 8 rano na owo wyjście niecierpliwie oczekiwała. „Kiedy przyjdzie Marcin?” – wypowiadane było przynajmniej raz na kwadrans. Bo trzeba Szanownemu Państwu wiedzieć, że pakiet pt. „Popołudnie bez mamy i taty” zawierał nie tylko wyjście do kina, ale także i obiecaną wizytę w lodziarni. Oczekiwanie małej damy było więc jak najbardziej zrozumiałe.

Z ręką na sercu przyznam, że podczas nieobecności moich pań (mniejsza w kinie, większa w pracy) nudy większej nie odczuwałem. Z wujem Tygrysem, Markiem i Karasiem sączyliśmy bowiem wino czerwone oraz piwo marki Żywiec. Czterech chłopa w domu więc plotki, ploteczki i takie tam sobotnie emigrantów bajdurzenia. Szanowne Państwo rozumie.

A gdy wesołe trio z kina powróciło najpierw ochoczo zademonstrowało kilka efektownych kopnięć, wyskoków i odgłosów, nazwijmy je umownie – karateckich. Prawdziwy Klasztor Shaolin!

Niedziela zaś stała pod znakiem „Punkstock”. Ale o tym, drogie dzieci, Tata Oliwki opowie jutro.

Na zdjęciu: Adepci wschodnich sztuk walk przed wyruszeniem na wyczerpujący trening.

3 komentarze:

duża broda pisze...

panie piękny tato oliwki, ostatnio wraz z córką moją osobistą także byliśmy na tym samym filmie. świetna zabawa, choć mieliśmy według planu trafić na film pt. "wall e", lecz się nie udało. taki to życie rodziciela

zoska na wygnaniu pisze...

No to już wszystko jasne ! DZIECKIEM obce się zajmują, a rodzina w samopas puszczona!

Anonimowy pisze...

„Kiedy przyjdzie Marcin?” zeklbym ze w piatek 28ego ;)


p.s

pozdrawiajac rodzinke stwierdzam ze sie sam zdemaskowalem ;)