Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 6 lipca 2008

Wycieczka






Żonka w pracy (znowu!) więc myszy harcują. Niecała godzina jazdy pociągiem i już byliśmy na miejscu. Sevenoaks, 20-tysięczne miasteczko było celem naszej wczorajszej podróży.

Najsampierw uczestniczyliśmy w Dniu Otwartym nowej polskiej szkoły. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam panna O. będzie pobierała nauki mowy ojców. I choć w Londynie działa kilkanaście tzw. szkół sobotnich (Polskie Szkoły Przedmiotów Ojczystych), to jednak pozostawiają one, przynajmniej dla mnie, wiele do życzenia. Od ponad pół wieku kontrolę nad nimi sprawuje Polska Macierz Szkolna i tu właśnie leży pies pogrzebany. Wielu członków tej organizacji mentalnie tkwi, niestety, jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku. W czasach, kiedy polska emigracja tworzyła zwartą, a co najważniejsze – bardzo prężną i aktywną grupę. Czasy się zmieniły, ale nie wszyscy to zauważyli. Bogoojczyźniane zapędy są mi wyjątkowo dalekie. Radiomaryjna retoryka tym bardziej. Nie chciałbym więc, by pannę O. polewano takim stęchłym sosem. Dlatego myślę o szkole w Sevenoaks, którą prowadzić będą ludzie młodzi, otwarci, niezależni od Polskiej Macierzy Szkolnej, wolni od myślenia kategoriami „Polska Chrystusem narodów”…

Po szkolnej zabawie, którą Oliwa opuszczała z licem przyozdobionym aniołkowym malunkiem, udaliśmy się jeszcze na kilkugodzinny spacer. Urocze, zadbane uliczki. Bez tłoku, bez hałasu, bez zabieganych ludzi – czyli idealne przeciwieństwo Londynu. No i trafiliśmy jeszcze do „Knole” – tysiąchektarowego parku na skraju miasteczka. Sarny i jelenie na wyciągniecie ręki – dosłownie! Panna O. omal nie zemdlała z zachwytu. Biegała za zwierzyną parzystokopytną, karmiła trawą, ba, nawet i dyskutowała. Radość pierwszej wody.

A w drodze powrotnej, już w pociągu, zrobiłem Oliwie zdjęcie, od którego oczu oderwać nie mogę. Może dlatego, że w odbiciu szyby pojawiła się druga panna O. A wiadomo nie od dziś – co dwie Oliwy, to nie jedna...

1 komentarz:

zyga pisze...

Drogi Kolego.....
Od samych zdjęć druga Panna O , tudzież Panicz O nie stworzą się...także wieczorową pora jak już Szanowna Małżonka wróci to.....odłóz ten aparat w końcu ...i do dzieła....Jak to mówił Pawlak...dwójka to liczba Boża....
Pozdrowienia
Zyga:)
Na marginesie....to rzeczywiście wysoce udane zdjęcie...