Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 23 lipca 2008

Piwne rozmowy...





„Napój alkoholowy o niskiej zawartości alkoholu uzyskiwany w wyniku alkoholowej brzeczki piwnej, otrzymywanej ze zbóż – głównie jęczmienia, bez destylacji” – tyle definicja. Encyklopedyczna regułka nie jest jednak wstanie oddać tego, co na piwoszy czeka nad Tamizą.

Wyznam szczerze: lubię piwo. Ale nie każde, rzecz jasna. I nie wszędzie, oczywiście. Na ten przykład bardzo lubię London Pride warzone w tutejszym browarze Fuller's. A już szczególnie lubię je sączyć w jakimś miłym pubie. Dlatego co czas jakiś będę Szanowne Państwo zabierał w takie właśnie miłe miejsca. Na dobry początek Churchill Arms (119 Kensington Church Street, Londyn W8 7LN; najbliższa stacja metra: Notting Hill Gate).

Dziś po ciężkiej pracy i znoju (…) udałem się pod wskazany adres na symboliczny kufelek piwa. Państwo rozumie, małżonka osobista poza granicami, córka jedyna jakby również… Wracając jednak do meritum (ho, ho, Tata Oliwki zabłysnął uczoną mową). Tak naprawdę nie sposób ominąć tego pubu. Z zewnątrz obwieszony dziesiątkami donic z kolorowymi kwiatami bardziej przypomina ogród botaniczny, ale nie dajmy zwieść się pozorom. Roślinność, roślinnością, tu jedna rzecz dotyczy czegoś znacznie przyjemniejszego! Zanim jednak skosztowałem pierwszy łyk, tradycyjnie już pooglądałem sobie to i owo. A tego i owego w tym miejscu doprawdy nie brakuje. Setki niezwykłych rzeczy umieszczonych na ścianach oraz podwieszonych pod sufitem robią wrażenie zasadniczo wielkie. W jednym miejscu zgromadzić tyle nie pasujących do siebie rzeczy to dopiero sztuka! Miedziane naczynia, porcelanowe nocniki, kolorowe motyle, wiklinowe kosze, stare radia i instrumenty. No i oczywiście wszechobecne portrety Winstona Churchilla. Misz-masz, aż miło popatrzeć.

Pisząc o piwie nie sposób nie wspomnieć o licznych ostatnio artykułach, w których rozpisywano się o czarnych chmurach wiszących nad tutejszymi pubami. Według stowarzyszenia BBPA (The British Beer and Pub Association) tylko w roku 2007 zamknięto tu 1409 pubów, wobec 216 w 2006 r. i 102 w 2005 r. Dlaczego? Jak twierdzą piwosze z BBPA powody są trzy: zakaz palenia w miejscach publicznych (akurat ten zakaz, jak mało który, cieszy mnie i to bardzo), pogorszenie koniunktury gospodarczej w Wielkiej Brytanii oraz wyższe ceny piwa spowodowane zwyżką akcyzy i chmielu. Na szczęście miejsc, gdzie możemy delektować się pienistym trunkiem w stolicy Zjednoczonego Królestwa nadal nie brakuje (według BBPA na Wyspach ciągle działa ponad 57 tys. pubów, z czego ponad 8 tys. w samym Londynie!). Tata Oliwki może spać spokojnie…

A jak wszystko co powyżej napisałem, to był właśnie przypomniał mi się film pod jakże zacnym tytułem „Piwne rozmowy braci McMullen”. Polecam! (reż. Edward Burns, rok 1996).

No to może jeszcze piwny, angielski dowcip? Służę uprzejmie:
Betty robi obiad, gdy przez okno widzi sąsiada Franka. Zdziwiona, że to nie jej mąż John wraca z pracy, pyta go, co się stało. Frank na to, że ma złą nowinę ,bo był wypadek w browarze, gdzie on i mąż Betty razem pracują.
Zszokowana Betty pyta, czy z jej mężem Johnem jest wszytko w porządku.
– Niestety, ale John zginął w czasie tego wypadku – odpowiada Frank.
– Ale jak to się stało? – pyta rozpaczona Betty.
– Wpadł do warzelni piwa i utonął – odpowiada Frank.
Szlochając, Betty pyta przez łzy:
– Ale czy chociaż miał szybką śmierć?
– Obawiam się, że nie – odpowiada Frank. – Zanim utonął, to wyłaził z beczki
pięć razy, żeby się odlać.

2 komentarze:

AnetaCuse pisze...

Bardzo dobry pomysl zabierania swoich czytelnikow na male wycieczki krajoznawcze ;).

A mnie sie wydaje, ze wobec obecnego stylu zycia Taty Oliwki, nam sie nalezy pewna piosenka o takich podopiecznych, co to wyjechali na wakacje...

TataOliwki pisze...

Kult miła pani już tu był ;-) Ale cierpliwości, na pewno powrócą...