Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 10 lipca 2008

Seks i alkohol, alkohol i seks, czyli emigracyjna Sodomia i Gomoria



Sezon ogórkowy w pełni. „Dziennik” ogłosił właśnie, że praca za granicą ma wiele ciemnych stron. A to ci niespodzianka!

Nieźle nas w tej Warszawie nastraszyli – chciałoby się rzec po lekturze tekstu pod jakże wymownym tytułem „Polacy na emigracji – alkohol i seks”. Problem w tym, że mieszkam chyba w zupełnie innym Londynie, niż ten opisany w gazecie.

Impulsem do napisania wspomnianego artykułu był raport ukazujący ciemne strony emigracji. „Gorzki migracyjny chleb” (z takim tytułem to chyba trudno pisać o jasnych stronach emigracji; zresztą, jak doskonale wiemy, jasnych stron po prostu nie ma…) przygotowany został przez grupę socjologów, a jego wyniki są – jak dumnie podkreśla „Dziennik” – wstrząsające. Czy Szanowne Państwo posiada nerwy ze stali, serca jak dzwon i nie musi spać przy zapalonym świetle? Jeśli tak, zaczynamy.

Polacy usychają z tęsknoty, pracują poniżej swoich kwalifikacji, zarabiają marne pieniądze, żyją po kilkanaście osób w jednym domu, nieustannie piją alkohol, mężowie zdradzają żony, Polki zaś jeśli nie trudnią się najstarszym zawodem świata, to w najlepszym przypadku „szaleją za ciapatami” (autentyczny cytat z tekstu!) – tak, w największym skrócie można streścić wspomniany artykuł. Problem w tym, że emigracja, ja sądzę, jest tak złożonym zjawiskiem, że nie da się jej zamknąć wyłącznie w medialnie atrakcyjnych ramach.

Autorka na własny użytek tworzy dość przewrotne równanie: emigracja równa się zdziczenie obyczajów plus moralna rozpusta. W kilkusettysięcznej polskiej społeczności zamieszkującej dzisiaj Londyn nietrudno znaleźć takich, którzy są niezadowoleni, którym się nie udało, którzy czują w ustach „gorzki smak emigracyjnego chleba”. Dlaczego jednak tylko takich ludzi opisuje? Znam całą masę sympatycznych Pań i Panów również, którzy cieszą się z tego, że mieszkają właśnie w Londynie. Robią to, co lubią, a nawet jak nie do końca lubią, to przynajmniej lubią pieniądze, które tu zarabiają. Czyżby ich historie nie były już atrakcyjne?

O tym, że na Polaków za granicą nie czeka żadne mityczne Eldorado wiadomo już od dawna. Nie można jednak na emigrację zrzucić wszystkich życiowych niepowodzeń. Zresztą gdzieś pod koniec tego mrożącego krew w żyłach tekstu pojawia się wypowiedź pani psycholog pracującej w Londynie, która podkreśla, że wszystkie problemy, jakich doświadczają imigranci, zostały przywiezione z Polski. „Tutaj tylko ujawniły się z większą siłą (..). W Polsce też ludzie piją, biorą narkotyki, zdradzają się. Tutaj, w tym złudnym poczuciu anonimowości, wszystkie ekscesy stały się tylko bardziej widoczne”. Po co więc to całe bajdurzenie „Polacy na emigracji – alkohol i seks”? (jeśli o mnie chodzi, to z lekką nutką zawstydzenia przyznam, że zawarte w tytule artykułu przyjemności nie są mi, no ten… hmm… tego… no… nie są mi obce, ale żeby od razu do gazety? Toć Sodomia i Gomoria! – jak rzekłyby wierne słuchaczki radia ojca pewnego - nie mylić, proszę, z tatą).

Z tekstu dowiedziałem się ponadto, że 27 proc. emigrantów przyznaje się do zdrady. Emigracja jest też podobno główną przyczyną rozstań. I znowu mamy wygodną odpowiedź. Czy nie jest jednak tak, że ktoś, kto nie szanuje i nie kocha swojej żony nie potrzebuje wcale wyjazdu do Londynu, by zdradzić ją z inną kobietą? Emigracja w Polsce staje się, jak widać, słowem-wytrychem. Można nią wytłumaczyć dosłownie wszystko.

Odnoszę wrażenie, że wiele polskich gazet pisząc o emigracji popada w skrajność. Albo piszą przez pryzmat różowych okularów widząc życie usłane tylko różami. Albo z kolei popadają w istne czarnowidztwo i malują obraz prawdziwej nędzy i rozpaczy. Najciekawsze jest jednak to, co pośrodku. Niestety zwyczajne życie zwyczajnych ludzi mało kogo już dzisiaj interesuje.

Na zdjęciu: cień zwyczajnego małego polskiego emigranta na zwyczajnej angielskiej huśtawce.

7 komentarzy:

zoska na wygnaniu pisze...

A taki piękny tytuł był ech...
Tato Oliwki, no właśnie ja też ciągle o tym czytam, że albo zjechałam na samo dno albo jestem u szczytu ( nie mylić ze szczytow...) A tu kicha . No po prostu zwyczajna Zośka na wygnaniu jestem, co to chciała byt dzieciom i sobie poprawić i poprawiła, co to chciała normalnie żyć i żyje, co to chciała kawałek świata zobaczyć i zobacza. I gdzie tu sprawiedliwość. Znowu nie ma i człowiek na te bezeceństwa się nie załapał, że już nie wspomnę, iż statystyki na 28 % nie poprawił, ale jak mawiali moja szefowa - TOŻ TO JESZCZE NIE WIECZÓR!!!

Monika pisze...

Witam Przewodniczäcego!
Od kilku dni czytam Twoje przemyslenia i powoli staje sie to moim nawykiem.Dzis postanowilam dodac komentarz,poniewaz i mnie ten temat dotyczy.Juz od jakiegos czasu nie mieszkam w Polsce,ale jakos nie zamecza mnie tesknota za ojczyznä,nie upijam sie do nieprzytomnosci i tez denerwuje mnie powiedzenie,ze "kazdy Polak to zlodziej".Nie mozna uogolniac!Masz racje,ze jak ktos chce zdradzic,to nie musi wyjezdzac do Londynu czy Köln.Jednak i tu jest ziarnko prawdy.Ja zaobserwowalam zjawisko,ktore mozna nazwac "magiczna bariera tysiäca kilometrow".Po owych kilometrach ludziom puszczajä wszelkie hamulce obyczajowe.Czemu tak jest?Nie wiem!Wiem natomiast,ze wszystkie nieprzyjemnosci jakie mnie tu do tej pory spotkaly,byly spowodowane przez Polakow.Pech,przypadek,sama nie wiem?Ostatnio jednak odwazylam sie pojsc do polskiej dykoteki w Köln.Raczej omijam tego typu "instytucje" i wiesz co bylo ok!Zobaczylam fajnie bawiäcych sie ludzi.Co robili pozniej,jak zyjä.Nie moja sprawa.Kazdy sam musi wiedziec jak chce zyc.
Pozdrawiam serdecznie i sciskam.Roza

Monika pisze...

I jeszcze jedno.Mi jest tutaj dobrze,nie cierpie,nie rozpaczam i moze dlatego tak rzadko jezdze do Polski.A zyje tu calkiem zwyczajnie i chce tu zyc!Pewnie,ze chcialabym z mojä rodzinä widziec sie czesciej,ale ilez radosci sprawiajä te wyczekiwane odwiedziny.Wszedzie sä ludzie i... ludziska.A bzdurä jest robienie z nas meczennikow,degeneratow i innych robali.No,nie zanudzam juz.Calusy i czekam na jeszcze.Roza

Curehead pisze...

...ja powiem krótko: fajna fotka. Pozdr. M

TataOliwki pisze...

Witaj Różo!
Cieszę się, że i u Ciebie wszystko elegancko i radośnie. To pisanie wciąga mnie coraz bardziej więc mam nadzieję ,że będzie co czytać :-).
Pozdrawiam serdecznie

Natalie pisze...

Toc to przecie najprawdziwsza prawda,ten artykul!Emigranci dziela sie przeciez na dwie czesci-na tych,ktorych los nie poszczedzil i ci biedni osiagaja dno dna i na tych,ktorzy zarabiaja miliony (jesli nie miliardy) funtow,euro czy dolarow.Oczywiste to przeciez!
;-)Bo my,zwykli ludzie na emigracji nie pasujacy do schemtau,jestesmy po prostu niewidoczni...

Pawel Waryszak pisze...

Ale tacy zwykli ludzie dodaja wiele otuchy. Ja staram sie nie czytac krwawych artykulow. Jak dla mnie to swojego rodzaju kaszanka na goraco dla mas. Ale nie sposob je ominac. Ciesze sie, ze sa tacy zwykli ludzie : )