Na dobry początek:

[Miś nadaje na poczcie telegram]

Kobieta na poczcie: Ro-mecz-ku! Przy-jazd nie-ak-tu-alny! Ca-łuję! Rysiek.

Miś (do Oli): Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie... Chciałem żebyś zagrała u Romka.

Ola: Misiu! Misiu, wymyśl coś! Ty jesteś taki mądry!

Kobieta na poczcie: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...

Miś: Londyn - miasto w Anglii.

Kobieta na poczcie: To co mi pan nic nie mówi?!

Miś: No mówię pani właśnie.

Kobieta na poczcie: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...

***
Jaki będzie ów blog? Pojęcia większego nie mam.
Na pewno jednak znajdzie się tu co nieco o:
a/ Londynie (bo taki tytuł byłem obrałem)
b/ Polakach (bo jakoś tu, nad Tamizą, dużo nas, oj dużo)
c/ Moich z aparatem zmaganiach
d/ Oliwce (bo to moja muza, nie tylko zresztą fotograficzna)
Dziękuję za wypowiedź pierwszą. Niestety nie ostatnią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 21 lipca 2008

Odlot


Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać – mówił Maklakiewicz do Himilsbacha w „Wniebowziętych”. No to dziewczyny poleciały.

Po raz pierwszy byliśmy na London City Airport i coś mi się zdaje, że nie po raz ostatni. To niewielkie lotnisko położone wokół doków Tamizy jest, jak właśnie wyczytałem, najmłodszym portem lotniczym Londynu (pierwszy samolot wylądował tu w 1987 roku). Do tej pory korzystaliśmy zazwyczaj z lotniska Stansted, bo właśnie stamtąd odlatują samoloty niby-tanie Ryanair. Dlaczego niby-tanie? Ano dlatego, że drogie. Określanie tych linii przymiotnikiem „tanie” jest już zwyczajnym nieporozumieniem. Pomijam jakość usług (na ten przykład w roku ubiegłym nasi serdeczni przyjaciele miast wylądować w Bydgoszczy wylądowali w Berlinie; pasażerowie na własną rękę załatwiali autobusy, które zawiozły ich do Polski, bo „tani” Raynair pomocy odmówił...), całą masę dodatkowych opłat, piętnastokilogramowy zaledwie bagaż. Dziewczyny poleciały liniami British Airways, bo bilety okazały się o ponad 40 funtów tańsze niż lot (w tym samym czasie) niby-tanim Rynair. Nie dość, że taniej to i bliższej na lotnisko, i większy bagaż (23 kg), i posiłek na pokładzie. Warto więc sprawdzać ofertę także i niby-drogich przewoźników.

Muszę się jeszcze z Szanownym Państwem podzielić pewną lotniskową obserwacją. Obserwacją, którą podczas wczorajszej domowej dysputy potwierdzili zgodnie obywatelka Ola wraz z konkubentem, wuj Tygrys oraz goście: Karaś i Marek. Otóż wylatując z Londynu do kraju ojców, nie sposób nie zauważyć polskiej kolejki do odprawy. Zawsze (naprawdę ZAWSZE) nie brakuje takich oto przedstawicieli. Rodaczka: przywdziana w kusy kostium, obwieszona całą posiadaną w szkatułce biżuterią i umalowana, tu użyjmy delikatnego słowa: wyzywająco. Do tego obowiązkowa torebka z ogromnym napisem Dolcze Gabana lub inny Szanel, opalenizna na przewodniczącego Lepera no i wystrzałowa, odlotowa, bombastyczna, szałowa, na maksa odjechana fryzurka. No po prostu odlot! Łał! Co na to rodak? Rodak zakłada białe (rzecz jasna nie śmigane) pantofle, najlepiej z dużym firmowym znaczkiem. Do tego świeżutkie, dopiero co zakupione dresy. Ale, ale. Zakłada tylko dół od rzeczonego kompletu, bo na klatkę wrzuca – a jak! – skórzaną kurtkę. Do tego złoty wisior (im większy, tym wiadomo co) i tubka żelu we włosach. Ma być bogato. Ma być zagranicznie. Ma być funtowo, broń Boże złotówkowo. Bo wiecie przecie skąd przyleciała(e)m nie!

A wieczorem zadzwoniłem do dziewczyn, co by zapewnić o tęsknocie, zagubieniu i ogólnej rozpaczy. Córka moja osobista podobnych uczuć jednak nie przejawiała: tato, nie mogę rozmawiać, bo jestem na wczasach...

No to zszedłem do wesołej kompanii. Dżin z tonikiem łzy nieco zatamował.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

super zdjecie :D

TataOliwki pisze...

Dziękuję :)

Anonimowy pisze...

Fajne lotnisko, male, szybka obsluga no i wrecz bez Polakow... ale teraz widze, ze i oni sie tam pojawili ;/